środa, 27 kwietnia 2016

Może fajne dupy ale nie z klasą - o koncertach słów kilka.

Na koncerty chodzę rzadko. Niektóre z nich przypominają mi dlaczego właśnie tak rzadko na koncerty chodzę. A jak już poszłam to pozwolę sobie na parę rzeczy lekko ponarzekać. 

Kwiecień, jak póki co żaden inny miesiąc tego roku, obfitował w muzyczne wydarzenia, w których mogłam uczestniczyć. Co więcej, w wydarzenia z zupełnie innych światów, bowiem dwa koncerty hip-hopowe i spektakl "Powróćmy jak za dawnych lat czyli polskie piosenki międzywojenne". Dziś jednak mowa będzie o polskim rapie. 


Źródło





Nie chciałabym porównywać samej twórczości artystów, na których koncertach gościłam, bowiem nie jest to moim celem. 7 kwietnia koncert w MegaClubie w Katowicach dał OSTRy i był to mój pierwszy koncert tego wykonawcy, na którym miałam okazję być. Jakieś dwa tygodnie później, bo 22 kwietnia w RudeBoyu w Bielsku-Białej koncert miał TEDE, a to natomiast był dla mnie drugi występ tego polskiego rapera, jaki mogłam zobaczyć. Porównywanie twórczości tak diametralnie różnych wykonawców, szczególnie obecnie, gdy ich twórczość to dwie różne sprawy patrząc kolejno na przekaz kawałków, bity, teksty i tak dalej, i tak dalej, byłoby zupełnie bez sensu. Chciałabym jednak podzielić się z wami moimi odczuciami na temat tego, jak bardzo różniły się te dwa hip-hopowe koncerty przez samą organizację i uczestników, bowiem chciałoby się wszystko zgeneralizować i wrzucić do jednego worka: rap jak rap. 

Zacznijmy od tego, że koncert Ostrego był pierwszy i postawił kolejnym koncertom wysoką poprzeczkę. Można śmiało powiedzieć, że MegaClub to miejsce wystarczająco przystosowane dla całej masy ludzi, którzy chcą spokojnie pobawić się na koncercie: bez deptanie, przepychania i łokci w oczach. RudeBoy pod tym względem zdecydowanie wymiękł. To klub, w którym najczęściej odbywają się w Bielsku koncerty, a jednak miałam wrażenie, że to nie jest miejsce gdzie koncerty powinny się odbywać. Pomijając kwestie takie jak dwie toalety w damskiej łazience na cały klub czy cenę piwa, która chyba wyrównywała zyski względem dość tanich cen biletów, klub w ogóle nie jest oznakowany. Krążyliśmy dobre dwadzieścia minut by znaleźć jakąś bramę wjazdową, która prowadzi na parking, potem do kolejnej bramy, aż do ukrytego w ciemnościach wejścia, które wątpię żebyśmy znaleźli, gdyby nie chmary osób palące papierosy nieopodal. Przestrzeń - słabo wykorzystana, bowiem spora część po bokach marnowała się przez zasłaniające filary, a tak szczerze to tylko tam i ewentualnie na tyłach dało się uniknąć wybicia łokciem zębów czy nachalnego twerkowania tyłkami. Serio, a oprócz tego znaleźli się tacy, co mimo szatni mieli na plecach plecaki. I twerkowali. Tutaj następna kwestia - nie docenisz ograniczenia wiekowego dopóki sam go nie przekroczysz. Te 16 lat w przypadku imprezy w MegaClubie było okej. W RudeBoyu... Nie chcę generalizować, ale jednak niesmak pozostaje. Kiedy w MegaClubie mogliśmy spokojnie bawić się w swoim gronie, w miarę komfortowych warunkach i nawet blisko sceny, bujać się do rytmu, albo nawet nagrać parę filmików i naprawdę wczuć się w klimat, w RudeBoyu na początku mój chłopak zajmował się osłanianiem mojej głowy przed łokciem nieźle już wstawionego czy zjaranego mężczyzny, a ja unikaniem plastikowego kubka, którego zawartość niebezpiecznie zbliżała się do mojej bluzki, bowiem właścicielka koniecznie musiała podzielić się jakąś ekscytującą nowiną ze stojącą trzy osoby od niej koleżanką. Później przenieśliśmy się do tyłu i było już okej. I nasuwa się pytanie: ludzie, idziecie na koncert posłuchać na żywo wykonawcy, którego lubicie, czy pokazać się i wrzucić zdjęcie na instagrama jak pijecie piwo? I nie wiem już sama czym byłam bardziej zmęczona: tymi ludźmi czy dwoma godzinami supportów przed właściwym koncertem. Ja rozumiem ideę poznawania miejskiej sceny, ale.. nie wydaje mi się żeby ludzie byli mniej "rozgrzani" przed koncertem Ostrego, chociaż nie było żadnych supportów, niż przed koncertem Tedego. 

Źródło


Podsumowując? Tede zrobił świetne show. Z pewnością koncert byłby dla mnie 10/10, gdybym tak jak większość sali była dobrze wstawiona albo zjarana. Tymczasem ucieszyłam się gdy koncert się skończył i mogliśmy przecisnąć się wraz z tłumem do wyjścia. Ostry? Poszłabym bez zawahania na koncert drugi raz, albo mimo zmęczenia została na koncercie jeszcze kolejne dwie godziny. I przykre jest to, że słaba organizacja i sami fani mogą kogoś zniechęcić, by na innym koncercie pojawił się kolejny raz. 

Macie podobne koncertowe doświadczenia? Co was bardziej wkurza: słaba organizacja czy słabi ludzie? 

A jeśli kogoś zastanawia tytuł:


1 komentarz:

  1. Rzeczywiście w RudeBoy'u jest mało miejsca i nie trudno o siniaki :D Moim zdaniem jest to spowodowane tym ,że sam klub jest ukierunkowany na bardziej agresywną muzykę typu punkrock do której tańczone jest pogo. W takiej sytuacji mała przestrzeń się sprawdza w 100% :) Może następnym razem lepiej to przemyślą :D

    OdpowiedzUsuń