czwartek, 24 września 2015

Pamięci czworonożnej przyjaciółki.

Kochani, wasze zachęcające komentarze do postu "Witamy w klasie maturalnej" były bardzo budujące. Daliście mi dużo motywacji do podzielenia się z wami czymś, co w sumie otacza mnie na co dzień - bo jednak codziennie gdzieś ta myśl o maturze się w głowie kołacze.

Niestety, pojawiają się momenty w życiu, gdy największa motywacja nie daje siły. Momenty kiedy trzeba po prostu usiąść i porządnie się wypłakać - by na kolejne dni już łez zabrakło.

I kiedy wydawało mi się że wszystko mam najdokładniej poukładane, zaplanowane i zorganizowane, jak zawsze, życie mnie zaskoczyło - by nie rzecz zrujnowało moją swojską idyllę.




Oczywiście, wiele osób może uznać mój żal za przesadę, bo przecież "ludzie przechodzą przez większe cierpienia". Ale tutaj nie chodzi przecież o to, kto cierpi mniej a kto bardziej. Tylko by zaakceptować to, czego już zmienić nie możemy.

W wieku sześciu lat moi rodzice przywieźli do domu perskiego kota. Pamiętam dokładnie ten moment - siedziałam na szarej, gryzącej wykładzinie oglądając "Tabalugę", gdy do salonu weszła mama niosąc na rękach beżową kulkę sierści. Po pierwszych ochach i achach, zgarnęłam kotka mianowanego "Dexterem" do łóżka - bo przecież musi mu być cieplutko i wygodnie w nocy. Kotek jednak zdania mego nie podzielał, a przynajmniej nie w całości - bo w łóżku spał, ale z mamą. Albo przynajmniej na fotelu obok. Rozczarowaniu nie było końca, bo młody Dexter ani nie chciał się przytulać, ani głaskać i w sumie to tolerował tylko mamę.
Aż pewnego dnia tata oznajmił, że jedziemy po drugiego kota, a dokładniej kocicę. Wyruszyliśmy w samotną (bo bez mamy) wyprawę, docierając do małego mieszkanka w bloku pełnego kotów, kocurów i kociątek. Kandydatki na Panią Dexterową były dwie.
I wtedy nastał ten jakże magiczny moment gdy przyszła Dee-dee znalazła się u mnie na rękach. Oczywiście, magiczny to słowo mocno przekoloryzowane, bowiem gdy tylko kociątko znalazło się u mnie na dłoniach, zaczęło okropnie miauczeć, tak że szybko odstawiłam je na kanapę, bojąc się by przypadkiem go nie uszkodzić. Oczywiście, mój tata chciał wybrać jaśniejszą kotką, jednak ta mała, drącą pyszczek istotka, zupełnie zdobyła moje serce. Z uporem typowego sześciolatka nie dałam za wygraną i przywiozłam słodką Dee-dee do domu. Szaloną pierwszą noc kotek faktycznie spędził u mnie w łóżku - poza momentami kiedy zaczynała głośno miauczeć, i ja nie wiedząc jeszcze, że ta kotka tak po prostu ma, że lubi sobie pomiauczeć, zanosiłam ją a to do kuwety, a to do miseczki z wodą. Ostatecznie jednak była to wymarzona noc sześciolatki - z małym, puszystym, cieplutkim kociątkiem u swego boku.

Podobnych nocy przez niespełna 13 lat zliczyć nie jestem w stanie. Oczywiście, zaraz na następny dzień zostałam uświadomiona, że kot nawet w nocy potrafi zejść z łóżka i dotuptać do kuwety/miseczki, ale kolejne noce wcale nie były łatwiejsze. Z Twojej strony, droga kiciu, musisz przyznać, że wcale nie było mi łatwo. Niesamowicie głośne mruczenie wielu nocy nie pozwoliło mi spokojnie przespać, tak jak i Twoje rozpychanie się na trzy czwarte łóżka. Ale Ty też nie miałaś lekko. W końcu towarzyszyłaś mi przy każdej chorobie spędzonej w cieplutkim łóżku i znosiłaś mój każdy nocy płacz - przez kłótnie w domu, stres, czy chłopaków. Dałyśmy rade przetrwać Twoje liczne kąpiele i czesanie, choć często kończyły się podrapanymi rękami i kocią obrazą.  Zaciskałam zęby nawet kiedy jawnie objawiałaś swoją pogardę dla mojej butomanii i obsikiwałaś te najdroższe - w końcu może miałaś nawet nieco racji, że za dużo na owe buty wydaje. Przetrwałyśmy, gdy w wieku 12 lat, staruszko moja, próbowałaś wydać na świat swoje pierwsze potomstwo - wtedy pierwszy raz naprawdę bałam się że Cię stracę.

A teraz już Cię nie ma.

Nikt nie mruczy w łóżku. Nie drapie po drzwiach by go wpuścić do pokoju. Nie miauczy w niebogłosy gdy kroi się mięso, by go poczęstować.

Przepraszam, że nie mogłam Cię uratować.

Jak powiedziała moja mama, wraz z Twym odejściem, skończyło się moje dzieciństwo. Jesteś pierwszą, naprawdę bliską mi istotką, która umarła.

Pusto tu bez Ciebie.






1 komentarz: