poniedziałek, 22 września 2014

LITERATURA. English Matters 48/2014 - Opinia






Wydawnictwo: Colorful Media
Numer: 48/2014 wrzesień/październik
Cena: 9,50 zł
ISSN: 1896-4184










Aktualny numer "English Matters", jednego z czasopism wydawnictwa Colorful Media, to już drugi dwumiesięcznik o tym tytule, po który miałam okazje sięgnąć. O pierwszym możecie poczytać tutaj. W skrócie mogę rzec, iż postawił on kolejnym wydaniom poprzeczkę wysoko i spełnił praktycznie wszystkie moje oczekiwania względem magazynu do nauki języka obcego. Czy publikacja na wrzesień i październik dorównała poprzednikowi? 

Jak zawsze, magazyn rozpoczyna rubryka This and That, zawierająca... w sumie zarazem wszystko i nic. Znajdziemy tu  garść informacji ze świata, trochę humoru i nieco wskazówek językowych. Dział "People and Lifestyle" rozpoczyna artykuł o znanym aktualnie charakterystycznym piosenkarzu - Bruno Marsie. Tekst jest świetnie napisany zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym. Nie uświadczymy tu męczącej ilości podkreślonych słów obok siebie, ale występowanie ich co jakiś czas w przystępnych odstępach. Oprócz tego nie zabrakło również tekstu piosenki i komentarza tłumaczącego niektóre wyrażenia występujące w niej. To świetne urozmaicenie wśród wielu artykułów pozwalające nie raz zrozumieć co tak naprawdę nucimy pod nosem. Muszę przyznać, że artykuł z okładki nieco mnie rozczarował (chociaż sama okładka bajeczna). Jako że nie jestem osobą szczególnie oszczędną liczyłam na jakieś zaskakujące oświecenie, a dostałam garść rad, których nijak nie mogę wprowadzić w życie. Kolejny artykuł naprawdę mnie zadowolił, aczkolwiek jest zupełnie nietrafiony wśród męskiej części czytelników. Historia szpilek okazała się całkiem interesującą, choć osobiście jestem miłośniczką kicksów. W tym wydaniu "English Matters" zbiór artykułów ubogacono również o wywiad. Tematem przewodnim były powieści Jane Austen i sama jej osoba. Nawiązuje to nieco do jednego z następnych artykułów w dziale "Travel". Przedstawione zostaje urokliwe angielskie miasteczko Bath, jedno z miejsc akcji chociażby "Opactwa Northanger". Myślę że w tym wydaniu artykuł ten zasługuje na miano najlepszego. A jaki jest najgorszy? Definitywnie jedyny w dziale "Technology". Akapity, w których w dwóch zdaniach obok siebie znajdowało się po siedem podkreślonych wyrażeń/słówek w każdym, zdecydowanie odebrały przyjemność czytania, by nie rzecz wprawiły mnie w zniechęcenie i wywołały pytanie co ja właściwie czytam. Taki natłok nowego słownictwa demotywuje do dalszej lektury i nie jest skuteczny, gdyż nie jestem w stanie zapamiętać znaczenia słówka z kontekstu, bo 3/4 słówek stanowiących kontekst jest nowe. Również artykuł "A Battle of Words" nie zachwycił mnie, choć nie w równym stopniu co tekst poprzednio wymieniony. Cenię za to i uważam za naprawdę przydatny artykuł "Looking for a flat". Zawarte tam słownictwo może w przyszłości rzeczywiście pomóc przy poszukiwaniu mieszkania za granicą.

Prezentowane wydanie "English Matters" mogłabym kolokwialnie określić fifty-fifty. Połowa artykułów stoi na wysokim poziomie i spełnia swą rolę zarówno zaciekawiając jak i przyswajając nowy zasób leksykalny, druga połowa zaś jest nieco nudna i ciężka do przebrnięcia. Wydanie na wrzesień i październik nie przebiło poprzednika, ale nie zniechęciło mnie również do sięgnięcia po kolejne numery. 

piątek, 19 września 2014

PRZEMYŚLENIA O PÓŁNOCY. "Polcon" - relacja. Wakacyjny stosik. Hello september, czyli garść ogłoszeń i przemyśleń.




POLCON 2014 - krótka relacja


Minął już ponad tydzień od zakończenia tegorocznego "Polconu" - Ogólnopolskiego Konwentu Miłośników Fantastyki. Korzystna dla mnie lokalizacja tegorocznej edycji w Bielsku-Białej, sprawiła że nie mogło mnie tam zabraknąć. Czwartkowym popołudniem wyruszyłam więc na podbój tegorocznej polskiej stolicy fantastyki. 

Nie mogę zaprzeczyć, iż akredytacja przebiegła naprawdę sprawnie, bez zbędnych kolejek (mówię to jako osoba z zakupioną akretdytacją online, odbierającej ją w czwartek ok. 15, ale z tego co mi wiadomo, inni również nie mieli większych problemów). 
Oprócz identyfikatora, mapki wraz z tabelą prelekcji, książeczki konwentowej, uczestnicy przybywający na wszystkie cztery dni otrzymali kupon o wartości 20 złotych na książki wydawnictwa Solaris (do wykorzystania na jednym ze stoisk), zakładkę na magnes i cały plik różnych ulotek.


Program obfitował w wiele interesujących i zróżnicowanych paneli, prelekcji i wykładów. Organizatorzy oprócz atrakcji zorganizowanych w salach Wyższej Szkole Administracji przygotowali także szereg innych rewelacji, w których uczestniczy mogli wziąć udział, poczynając od pokazów chemicznych, przez miasteczko rycerzy, pokazy kuglarskie aż po warsztaty tańca czy wampiriadę, umożliwiającą uczestnikom krwiodawstwo. Nie zabrakło przeróżnych stoisk przy których słychać było płacz portfeli - wiele z rzeczy do sprzedania było unikatowych, własnoręcznie robionych, przy których ciężko było przejść obojętnie. Uczestnikom umożliwiono zagrać w, chciało by się rzecz, historyczne już gry na starych konsolach i przetestować najświeższe nowinki. Dla zwolenników gier planszowych udostępnione było praktycznie całe drugie piętro i ogromny wybór tytułów.

Rozkład paneli obfitował w wiele interesujących punktów, także każdy mógł znaleźć coś dla siebie. W czwartek odwiedziłam tylko jeden, za to dwugodzinny. Piątek rozpoczęłam od bardzo konkretnego panelu "Wszyscy Anglosasi Śródziemia, czyli I see what you did here Profesor Tolkien". Muszę przyznać że prowadząca naprawdę wiedziała o czym mówi i była świetnie przygotowana, co zaowocowało naprawdę udaną prelekcją. Jedną z wad konwentu, o której muszę wspomnieć były dość małe sale. Organizatorzy chyba nie przewidzieli tak wielu chętnych odnośnie niektórych paneli przez co zdecydowałam się wyjść w połowie panelu o Sherlocku Holmesie. Ścisk, tłok i duchota zdecydowanie odebrały mi całą przyjemność uczestnictwa. Muszę przyznać że bardzo zaskoczył mnie panel o "Europejskiej tytulaturze szlacheckiej". Bogaty w wiedzę, z nutką humoru i prowadzony w bardzo przystępny sposób. Prowadzący panelu, Mateusz Budziakowski, także w sobotę ubogacił program konwentu o prelekcję na temat herbów, na której również miałam okazję gościć. Oprócz tego w sobotę pokusiłam się na uczestnictwo w dwugodzinnym panelu o symbolice krwi, na którym można było chociażby usłyszeć pierwotną, tą nieco bardziej mroczną wersję "Czerwonego Kapturka". Co ciekawe, prelekcja "Narkotyki w kulturze" nie odbyła się a w jej miejsce pojawił się... panel o komediach azjatyckich.

Od lewej: Scathach, McAgens, Isadora i ja :)
Muszę wspomnieć również o tym, że w sobotę na Polconie pojawiło się również kilku innych blogerów należących do grupy Śląskich Blogerów Książkowych. Były to Isadora, Scathach oraz McAgnes. Myślę, że każdy z reprezentowanej na Polconie grupy ŚBK spokojnie odnalazł się pośród fantastycznego rozgardiaszu. Nic tylko wypatrywać nas na innych konwentach. 



Podsumowując, Polcon uważam za bardzo udany konwent. Dla mnie świetna odskocznia od konwentów mangowych. Mam nadzieję, iż Bielsko-Biała bądź inne pobliskie mi miejscowości staną się miejscami organizacji podobnych imprez, a tymczasem organizatorzy zapraszają na Polcon 2015 w Poznaniu i Polcon 2016 we Wrocławiu.

WAKACYJNE STOSIKI

Od długiego czasu staram się trzymać postanowienia "czytaj to, co już masz, a nie kupuj na zapas". Co miałam jednak zrobić skoro w sierpniu co piątek w Ustroniu miejska biblioteka urządzała kiermasz używanej książki? Książka za złotówkę?! To musi być prawdziwa okazja!! Co z tego, że już czytałam, skoro tylko za 4 złote?! I tym sposobem...



Pierwsza od góry książka w drugim stosie jest dla odmiany zakupem z Polconu z wykorzystaniem wspomnianego dwudziestozłotowego kuponu. 

HELLO SEPTEMBER


Niczym zadziwiającym będzie stwierdzenie, że tegoroczne wakacje trwały zdecydowanie za krótko, nawet pomimo tego, iż znalazłam zaskakująco dużo czasu na przeróżne rzeczy (może to zasługa zepsutego komputera przez 3/4 wakacji?!). Niepodważalnym kawałkiem przypominającym mi lato 2014 będzie Wiz Khalifa - The last. Ostatnie wakacje niepełnoletności dały mi wypocząć przed ciężkim rokiem szkolnym stawiającym mnie przed sporymi wyzwaniami (nie łudźmy się, że mówimy o szkole, raczej o egzaminie na prawo jazdy i wchodzącym w fazę 18-nastek roczniku '97 ;)).


Mówiąc na poważnie, czego spodziewam się po dobrze widniejącej już za oknem jesiennej porze? Przede wszystkim, postaram się odwiedzić Krakowskie Targi Książki jak i Katowickie Targi Książki. Oprócz tego liczę na choć trochę czasu na czytanie czegoś innego niż szkolne lektury. No i może jeszcze na złotą polską jesień żeby w któryś weekend zrobić imprezę w plenerze i zatęsknić za wakacjami? 







Muzycznym akcentem podsumuję okres letni kawałkiem Ras Luty, który gościł na tegorocznym Mini Reggae Feście, czwartej edycji, w której uczestniczyłam. 







wtorek, 9 września 2014

LITERATURA. Jutro, kiedy zaczęła się wojna - John Marsden - Opinia

Jutro, kiedy zaczęła się wojna - John Marsden







Autor: John Marsdern
Cykl: Jutro Tom 1
Tłumaczenie: Anna Gralak
Tytuł oryginału: Tomorrow, When the War Began
Wydawnictwo: Znak Litera Nova
Data wydania: 4 kwietnia 2011
ISBN: 9788324016280
Liczba stron: 272






O serii "Jutro" zdarzyło mi się usłyszeć już w gimnazjum. Słowo usłyszeć jednak do końca nie oddaje szumu, który powstał wraz z premierą książki. Choć ogłuchnąć to nieco za mocne określenie, nie da się ukryć, że "Jutro" zrobiło spore zamieszanie wśród książek young adults i rozgościło się pomiędzy innymi dobrze znanymi tytułami dla młodzieży. 

Ellie wybierając się do miejsca zwanego Piekłem, nie przypuszczała iż wracając do rzeczywistość zastanie prawdziwy koszmar. Kilkudniowy wypad w góry wydaje się zmienić cały dotychczasowy znany świat. Niepewna przyszłość i niedomówienia idące w parze to tylko drobne z aspektów, którym podołać będą musieli młodzi bohaterzy. Choć dawne zasady już nie obowiązują, grupa przyjaciół usilnie dąży do przywrócenia ubiegłego stanu rzeczy. 

Za każdym razem czytając o bohaterach mniej więcej w moim wieku nie potrafię powstrzymać się od wszelkiego rodzaju porównań: zachowania, ideologii czy hierarchii wartości. O tyle, o ile w wielu przypadkach pisarze nie mają kompletnie pojęcia, kim tak naprawdę jest przeciętny siedemnastolatek, w tym wypadku autor wykreował naprawdę porządny obraz psychologiczny przedstawionych postaci. Czytelnik zaledwie lekko nagryza kawałka historii, którą autor serwuje mu w siedmiotomowej serii. Z tego właśnie względu, to nie wydarzenia tak naprawdę są kamieniem węgielnym fabuły, ale stają się podstawą do najważniejszego względu za jaki uważam subiektywne odczucia bohaterów. Strach, niepewność, stres, zagubienie, konieczność funkcjonowania w grupie, wszystko to sprowadza na postacie gwałtowne zmiany w ich postawie - nie można nazwać ich tymi samymi osobami co wcześniej. Każdy z grupy przyjaciół ma swoją własną historię i oblicze, które na przestrzeni stron zdaje się ewoluować. Autor świetnie przedstawia relacje między nimi, wplatając typowe dla nastolatków zachowania w tak niecodzienną rzeczywistość. Stawia przed bohaterami kolejne wyzwania i przeszkody. Nie zawsze wszystko kończy się pomyślnie, a nastolatkowie niejednokrotnie zdają się na łut szczęścia. Wszystko to czyni postacie bardzo ludzkimi, umożliwia czytelnikowi utożsamienie się z nimi. Prezentowane wydarzenia toczą się lawinowo, nabierając tempa z kolejnymi stronami. Wykreowany świat nie jest światem magii i czarów, lecz miejscem w którym żyjemy, co sprowadza się z mojej strony do ogromnego podziwu dla bohaterów, których determinacja jest dowodem, iż człowiek w sytuacjach krytycznych potrafi przekraczać swoje możliwości. Warto wspomnieć, iż autor bezustannie trzyma się opisywania minionych wydarzeń z perspektywy Ellie. Użyty zatem język nadaje realności opowiadaniu, które naprawdę moglibyśmy usłyszeć z ust nastolatki. Bogaty zasób słownictwa, niekiedy kolokwializmy i treściwy przekaz przeżyć, w tym przypadku świetnie zgrywa się z treścią książki. 

"Jutro, kiedy zaczęła się wojna" szczerze mnie zaskoczyło. Co więcej, zaskoczyło pozytywnie i oczarowało konkretną historią, którą czyta się szybko i z prawdziwą przyjemnością, chłonąc kolejne rozdziały. Mimo iż nie przepadam za wielotomowymi seriami, siedem książek z cyklu "Jutro" naprawdę mnie cieszy. A sześć jeszcze przede mną. 

wtorek, 2 września 2014

LITERATURA. Królowe skandalistki: okrutne, występne, lubieżne - Philippe Delmore - Opinia

Królowe skandalistki: okrutne, występne, lubieżne - Philippe Delmore






Autor: Philippe Delmore
Tłumaczenie: Joanna Józefowicz-Pacuła
Tytuł oryginału: Scandaleuses princesses : criminelles ou volages
Wydawnictwo: KDC
Data wydania: 2008 (data przybliżona)
ISBN: 9788374047388
Liczba stron: 272






Nie można zaprzeczyć, iż to mężczyźni przeważnie zapisują się znacząco na kartach historii. Co jednak ze znanymi kobietami z zamierzchłych czasów? Przeciętny osobnik mógł by rzec: Kleopatra, królowa Jadwiga czy Maria Skłodowska-Curie. Tymczasem, Philippe Delmore w swojej powieści bierze pod lupę kobiety, które historia wspomina jako nie najwłaściwsze postacie do naśladowania.

Co łączy przedstawione w książce kobiety? Przede wszystkim okrucieństwo, niejednokrotnie zapędy nimfomańskie, często żądza władzy, odwiecznie snute liczne intrygi i spiski. Autor natrudził się by ukazać czytelnikowi najgorszą stronę kobiecej natury, która jak pokazuje książka, nie jest obca damom zasiadającym na tronach w różnych zakątkach świata, na przestrzeni wielu wieków. 

Philippe Delmore przygotował rzetelny przekrój przez zamierzchłe czasy, odnajdując w każdej z epok, często niejedną kobietę u szczytu władzy, wartą miana prawdziwej skandalistki. Spotykamy tu więc osobistości takie jak np. Messaina, Lukrecja Borgia, Katarzyna Szwedzka, caryca Katarzyna czy Małgorzata Windsor. Autor nie ogranicza się jedynie do wymienienia niegodziwych postępków jakże perfidnych dam. Każda z nich ma własną historię do opowiedzenia. Niejednokrotnie pozwala ona lepiej zrozumieć skandaliczne zachowanie szlachetnych panien. Wszystko ma swoją przyczynę i skutek, pociąga konsekwencje i wywiera wpływy. Autor stara się uwzględnić to w przedstawionych zarysach postaci. Nie mniej jednak, w wypadku kobiet z naprawdę odległych wieków wiele z przedstawionych epizodów to tylko spekulacje i domysły. To pozwala pisarzowi na szerokie pole do zasugerowania własnej opinii i domniemaniu innych możliwych pobudek i następstw. W mojej opinii, Delmore nie wykorzystuje w pełni tej danej mu sposobność. Nie można jednak tego policzyć za ujmę - książka bowiem skupia się głównie na faktach, które zaświadczyć mogą o skandalicznych czynach przedstawianych bohaterek. Odniosłam wrażenie, że mimo wszystkich zabiegów mających na celu odszukanie motywów kobiet i zrozumienie ich postępowania, autor traktuje je jak swojego rodzaju przedmioty badań, a nie żywe istoty. Czasem ciężko jest znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla osoby opuszczonej, samotnej, ze złamanym sercem, czującej się osaczoną czy zwyczajnie przestraszonej. 

Szesnaście przedstawionych kobiet nie stanowi dla mnie interesujących obiektów ze względu na swoje haniebne czyny, lubieżność czy nad wyraz okrucieństwo. Tak naprawdę, to tragiczne historie kobiet, które gdzieś po drodze zatraciły siebie, a może i człowieczeństwo. Co było tego przyczyną? Niestety, duża część historii wciąż pozostaje dla nas tylko spekulacją.