sobota, 22 lipca 2017

LITERATURA: Kobiety dyktatorów - Diane Ducret - Opinia

Lubie czytać o silnych kobietach. Lubię prawdziwe postacie, które są w stanie podołać kłodom rzuconym przez los pod nogi, które podnosiły się mimo porażek i które pokazały, że dla kobiety nic nie jest niemożliwością. Może kilka pasujących do tego opisu w Kobietach dyktatorów by się znalazło. Zaraz obok kobiet, których na świecie jest miliony, a których tak naprawdę nie widzimy - kobiet prześladowanych i szykanowanych przez swoich partnerów. Dla obu tych grup znalazło się miejsce w książce Diane Ducret, pod jednym wspólnym szyldem - partnerek dyktatorów. Nie lubię jednak, gdy obie te grupy spłaszcza się do roli ciekawostki historycznej.





Książki z serii Prawdziwe historie nie są mi obce. Czytałam już Dziewczyny wojenne, Dziewczyny z powstania czy Dziewczyny z Syberii. Pamiętam, że gdy na rynku pojawiły się Kobiety dyktatorów, zrobiły wokół siebie sporo zamieszania - wszędzie widywałam te okładki, co rusz napotykałam się na wzmianki, że ktoś czyta, że ktoś chce przeczytać. I po przeszło pięciu latach sięgnęłam i ja. Już nie po dziewczyny a po kobiety. Nie po polskiego autora, a po zagranicznego. Chciałoby się rzec: poziom wyżej.

Tymczasem lektura książki zamiast stanowić moje stairway to heaven okazała się być highway to hell. A mogłam pozostać z dziewczynami. Książka powinna nosić raczej tytuł Dyktatorzy i ich kobiety. Poczynając od spisu treści, wszystko bowiem kręci się właśnie wokół dyktatorów - poszczególne rozdziały to nie Ewa Braun czy Margherita Sarfatti, a Stalin czy Mao Zdeong. Nawet podrozdziały nie mają imion i nazwisk, czytelnika powinny więc zadowolić sensacyjne nagłówki jak Pogodna samobójczyni, Kobieta bez głowy czy Samobójczynie. Jedynym wyjątkiem jest rozdział poświęcony Elenie Ceausescu i tak właśnie chciałabym, aby wyglądała cała książka - by poświęcono ją faktycznie w pierwszej kolejności kobietom, a dopiero później dyktatorom. W końcu np. Angelika Bałabanow nie znała zaledwie jednego z dyktatorów, a przewinęła się zarówno w historii Mussoliniego jak i Lenina.

Zamieszczenie na początku książki kilkunastu czy kilkudziesięciu listów miłosnych do dyktatorów, przypuszczam miało zachęcić do dalszej lektury. Kolejne wyznania uczuć bardziej nużyły niż ciekawiły i w mojej opinii lepszym rozwiązaniem byłoby zamieszczenie kilku listów do danego dyktatora na początku czy końcu rozdziału, skoro już jesteśmy skazania na podobny rozkład treści.

Być może podzielenie rozdziałów w ten właśnie sposób miało pokazać, jak mocno losy niektórych kobiet łączyły się ze sobą. Mimo wszystko, wolałabym otrzymać zamiast zapisu życia erotyczno-miłosnego danego dyktatora kilka rzetelnych opowieści na temat niektórych, wpływających na życie władających, kobiet. Tymczasem Diane Ducret rzuca faktami, raz chronologicznie, raz zaczynając od życiorysu dyktatora, raz od pierwszego małżeństwa, to od przejęcia władzy, aż po pierwszą miłość. Jeśli zabieg ten miał stanowić coś, co miałoby zapobiec monotonii czy podręcznikowemu wydźwiękowi książki, to ja jednak wybiorę monotonność i podręczniki. Konstrukcja całej historii może wprowadzić czytelnika w spore skonfundowanie i zwyczajnie zniechęcić do dalszej lektury. Historie tych kobiet są bowiem ciekawe, wiele z nich może zadziwić i zaskoczyć. Jednak sposób w jaki autorka przedstawia ich losy, mnie zupełnie odrzucił. Jedynym światełkiem w tunelu pozostaje wspomniany już rozdział o Elenie Ceausescu.

Autorka powstrzymuje się od osądzania bohaterek książki, pozostawiając czytelnikowi możliwość wyrobienia własnego zdania. Wydaje mi się jednak, że większość z kobiet dyktatorów została ukazana na jedno kopyto, jedne były bardziej sprytne, drugie mniej, jedne mocniej kochane, inne szybko porzucane. Kochanki czy żony, wszystkie były tylko dodatkiem do dyktatora i nawet w swej własnej książce im poświęconej nie mogły rozbłysnąć.

Książka nie spełniła moich oczekiwań i nie będę polecać jej też innym. Ale ja jestem tą osobą, która nawet jeśli nie jest zadowolona z tego, co otrzymała, daje drugą, trzecią i czwartą szansę. Sięgnę więc po Kobiety dyktatorów 2. Nawet jeśli będę musiała męczyć się powtórnie z chaosem i nieładem, chce poznać te historie. Oby faktycznie kobiet dyktatorów, a nie dyktatorów i ich kobiet. 

Czytaliście jakieś książki z serii Prawdziwe historie?  Jesteście zainteresowanie historiami kobiet dyktatorów? A może książki non-fiction was nie interesują?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz